sweet escape

Co Mie Wnerwia: Festiwale

12.08.2017 | Co Mie Wnerwia

Lato to nie tylko czas w którym kolejne wpisy na tej pożałowania godnej stronie dzieli coraz większy dystans, ich sensowność poddaje w wątpliwość każdy łącznie z autorem i jego zmarłymi krewnymi, a żałosne próby stworzenia indywidualnego i rezonującego tekstu komediowego bledną przy desperackiej próbie podtrzymania uwagi w nieustającym pędzie pseudoinformacyjnym, podkreślanym tylko przez spłycenie debaty publicznej do wymiany bon-motów czy fragmentów przemów na użytek rozkojarzonego widza i jego pasożytniczej narośli w formie tzw. “mediów społecznościowych”, ale także dobrej festiwalowej zabawy.
Jako młody, inteligentny i otwarty na idee człowiek, z wielką niecierpliwością czekam pierwszych promieni słonecznych, wiedząc, że będę mógł stać gdzieś na polu i słuchać muzyki, której nie lubię, popijając wygazowane, przepłacone piwo i prowadząc urywkowe rozmowy z ludźmi, których nie lubię. Jednak i na tej ukochanej przeze mnie formie spędzania czasu i pieniędzy pojawiły się drobne rysy, które wytłuszczę w następnych akapitach, oddzielając je dla pewności żartem obrazkowym.

Powyższy akapit mógłby być dłuższy, ale oznaczało by to, że muszę dopisać jeszcze jeden dowcip na jego koniec, w ten sposób zmyliłem po raz kolejny pościg, ucieczka trwa, psy caratu ujadają, na próżno ujadają.

Powyższy akapit mógłby być dłuższy, ale oznaczało by to, że muszę dopisać jeszcze jeden dowcip na jego koniec, w ten sposób zmyliłem po raz kolejny pościg, ucieczka trwa, psy caratu ujadają, na próżno ujadają.

Nie wymienię nazw festiwali które odwiedziłem, gdyż jest to właśnie problem, o którym chciałem napisać kilka słów. Czy muzyka musi tak dzielić? Przecież w nieśmiertelnych słowach Fiszu Emadu Twożywu “Muzyka jest językiem wszechświata, łaba daba łaba daba dab łab”. Melodia potrafi łagodzić obyczaje, sam byłem świadkiem, gdy w sklepie nocnym nieopodal mojej ulicy murem podzielonej dwóch dżentelmenów nie mogło ustalić, który z nich uiszcza opłatę za lane piwo, które zamierzali spożyć, na szczęście konflikt rozładowały dźwięki “Biedacy” autorstwa Waszki G i wszystko zakończyło się dobrze – libacją i pchnięciem nożem, ale już nie w moim towarzystwie.
Dlaczego kulturalni ludzie, uczęszczający na festiwale nie wezmą przykładu z tych panów? Dlaczego jeśli jadę na Przystanek Woodstock, jestem dla bywalców Balu Debiutantów w Operze Wiedeńskiej (cytuję) “jebanym kurwa brudasem”, a dla tych pierwszych moje podrygi, jakkolwiek nieporadne, do walca są obiektem kpin w rodzaju “Panu to chyba słoń nadepnął na ucho i to ucho to Pan z porcelany i to było w jej składzie, proszę Pana”. Po co takie rozwinięte metafory? Dlaczego nie mogę jednocześnie rozerwać się w dobrym duchu na wrocławskim Brave Festiwalu i zadumać nad losem człowieka podczas spotkania na festiwalu Orle Gniazdo? Dlaczego na Slot Art Festiwalu nie można pić alkoholu?

- Bardziej SLUT ART FESTIVAL, mam rację czy nie mam? - Nie masz.

- Bardziej SLUT ART FESTIVAL, mam rację czy nie mam?
- Nie masz.

Cofnijmy się odrobinę w czasie, do niewinnych lat 90. XX wieku, które ukształtowały serca i ducha współczesnych, a co mi tam, przyszłych Polaków. W ponurej rzeczywistości entropii realnego socjalizmu i tryumfalnego pochodu protokapitalizmu niczym gwiazda na firmamencie dla Trzech Magów (Rincewinda, Wydawnictwa i Villgefortza) jaśniała polska muzyka wykonywana na żywo w ramach festiwalowych zlotów. Z trudem mogę przywołać niesnaski między fanami różnych nurtów, gdyż każdy z nas, dzieci lat 90. wiedział, że gra jest warta świeczki. Z tą właśnie świeczką szukać jedności na dzisiejszej spolaryzowanej scenie muzycznej, co chwila dygocącej od rozdzierających konfliktów. Ludzie traktują te spory stanowczo zbyt poważnie, tylko czekać jak pojawi się krew, może nawet Krew Kurew.
Przywołajmy mijający powoli sezon, ze skandalami tak wielkim jak Pani co włożyła głowę widza pod sukienkę, albo starym rokendrolowcu, co włożył (metaforyczną) głowę pod sukienkę pewnej polityczki, nie mówiąc już o niedoskonałej selekcji podczas festiwalu muzyki elektronicznej (której osobiście nie cenię, bo co to za problem na komputerze zrobić muzykę) jednego z wykonawców i tam też ktoś wkładał głowę pod coś, niestety wybuchł taki tumult, że nie dało się dosłyszeć czemu, kto i komu to służy. Zaprawdę, ciężko teraz nie wygłosić sądu o muzyce, który nie skończyłbym się karczemną bardachą, rzucaniem krzesłami i wyłamywaniem stołom nóg.

Widziano także Karolów dających Karolinom korale, ogólnie osuwa się to wszystko w generator głupich łamańców językowych.

Widziano także Karolów dających Karolinom korale, ogólnie osuwa się to wszystko w generator głupich łamańców językowych.

Czyja w tym wina? Mój oskarżycielski palec wymierzam w kierunku komercjalizacji rynku festiwalowego w Polsce, co sprawia, że każde z tych wydarzeń próbuje agresywnie odróżnić się od konkurencji za pomocą odważnych, czasem zbyt odważnych, decyzji programowych. Właśnie w kapitalizmie szukajmy źródeł tak wielkie zróżnicowania ofert festiwalowej, towarzyszącej im atmosfery skandalu i gorących emocji, jakie wywołuje kolejne ogłoszenie przełomowych wykonawców, którzy rozszerzają granice swoich gatunków. Czy uda się połączyć te zwaśnione rody, zasklepić rany i psa nakarmić, napaliwszy zawczasu w piecu? Czas pokaże, nam pozostaje się tylko modlić i słuchać dobrego, rockowego grania zespołu “Kabanos”. Od razu zaznaczam, że nigdy nie słyszałem “Kabanosa”, ale ta nazwa inwokuje od razu wizerunek “dobrego, rockowego grania”, więc chyba się nie pomyliłem.