polska w rękach

Co Mie Wnerwia: Klub

11.03.2018 | Co Mie Wnerwia

Jestem starym dziadem. Niczym gorejące słusznym gniewem confiteor Grzegorza Skwary nie mogę uciec od swojego wieku, który, tak się składa, jest obecnie najwyższym i najniższym jaki mogłem osiągnąć. Taki paradoks czasu. Ale jeszcze gorszym elementem mojego starzenia się, jest fakt, że dużą część czasu przeznaczonego na ten proces spędziłem w ciemnych pomieszczeniach ze słabą wentylacją, trzymając coś w dłoni, na przykład szklankę z piwem lub czyją rękę, ze znacznym wskazaniem na to pierwsze. Niestety, przejmująca samotność sprawiła, że uwielbiam słuchać stanowczo za głośno muzyki w towarzystwie zamazanych, wijących się sylwetek. Albo to kiepski słuch, na pewnym etapie za często mylony z przejmującą samotnością. Po prostu chodziłem słuchać muzyki w klubach, ale z perspektywy zarówno uczestnika, a także drobnego sprawcy, mogę z całym przekonaniem powiedzieć, w sumie to powtórzę tytuł tego wpisu, na chuj tworzyć fałszywe napięcie.

Co takiego dokładniej sprawiło, że znalazłem się w tym miejscu, na, cóż, pierwszym miejscu? To jest dziwne sformułowanie, “na pierwszym miejscu”, można myśleć że będzie dotyczyć sportu, a zwykle jest o czym innym. W każdym razie, muzyką elektroniczną interesowałem się zawsze, fascynacja powstała na skrzyżowaniu grania w Gran Turismo, Wipeouta i amfetaminowania się. Z czasem ta fascynacja obrosła udzielaniem się w radiu, organizowaniem imprez, puszczaniem muzyki (graniem tego nazwać nie można), a na samym końcu posiadaniem pewnych udziałów w klubie. W międzyczasie odpadło Gran Turismo i Wipeout, a amfetamina oddała pola MDMA, zgodnie z kopernikańską zasadą, że lepszy narkotyk wypiera gorszy. Kopernik właśnie mieszance ketaminy i DXMu napisał “O obrotach sfer niebieskich”, odnosząc się po prostu do próby stania prosto po tej szatańskiej mieszance. Serio, nie bierzcie tego, wtedy o waszych ruchach decyduje wiatr, Kopernik wycierpiał wiele dla nauki.

Miał wielu naśladowców, choćby Giordano Bruno, którego spalili w bongosie (tym instrumencie muzycznym).

Miał wielu naśladowców, choćby Giordano Bruno, którego spalili w bongosie (tym instrumencie muzycznym).

Ale mając te wszystkie doświadczenia, niczym Batman, za pasem, muszę powiedzieć, że ciężko mi się odnieść pozytywnie do czegokolwiek związanego z czymkolwiek. A bardziej w szczególe, moje dziadostwo wyraża się w zdaniu poprzednim. Nie jestem w stanie się bawić dobrze w klubie, nawet jeśli byłem jego częścią i sam decydowałem o tym kto tam gra, albo i nawet sam puszczałem muzykę. To ekwiwalent alkoholika, który ma własny browar, co jest oczywiście bzdurą, bo alkoholicy to ludzie fizycznie niezdolni do prowadzenia księgowości, może poza Błażejem Krajewskim. Jeżeli w takich warunkach miałem blazę na mordzie, wyjaśnienia są dwa:

1. Coś jest nie tak ze mną.

2. Coś jest nie tak ze wszystkimi.

Niczym polskie MSZ, to drugie wyjaśnienie jest bardziej logiczne, zgodnie z zasadą Brzytwy Ockhama, tj. jeśli warunki się nie zgadzają, wystarczy wyjąć brzytwę i zacząć nią grozić, sprawa wówczas jest załatwiona. Postaram się więc wytoczyć co też, a raczej kto też, nie pasuje mi w klubach.

Na przykład to mi w ogóle nie pasuje.

Na przykład to mi w ogóle nie pasuje.

W ogóle nawet nie będę wspominał o wszystkich bananowcach od złotej pomady do włosów, wódki z fajerwerkami i pań z twarzami porażonymi botoksem i potwornym uświadomieniem umykającej urody, bo to nie ma prawa bytu publicznego w ogóle. Jeśli w klubie jest fotograf, a ty wyciągasz rękę z wyciągniętym palcem do aparatu, szczerze liczę, że następnym ruchem będzie przyłożenie rzeczonego palca do skroni i pociągnięcie za spust (w tej fantazji pantomimiczne palce mają moc sprawczą). Oczywiście na drugim końcu spektrum są wszyscy ponuracy na czarno, którzy potrafią wyssać zabawę z wieczoru szybciej niż głodny wendigo szpik z kości udowej wycieczki szkolnej do Medjugorje. Abstrahując od amuzyczności tego wszystkiego, wielka obcina i oceniactwo przebija nawet strojenie piórek pierwszej grupy, niemalże yin-yang pretensjonalności.

Oczywiście i ta moneta ma swój rewers, a jest nim z jednej strony truskolowe grono ludzi w plecakach, walczących o zmarłem gatunki bardziej niż Jane Goodall o ostatniego szympansa, który potrafi jeszcze zrobić podwójnego fiflaka z wyrzutem (wypisanym na twarzy). To przez nich właśnie wszędzie śmierdzi marihuaną, bo nie stać ich na lepsze narkotyki, więc z czerwonymi gałami i jednym piwem drepczą do basowych skamielin zaraz obok głośnika. Po przeciwnej stronie skali są młodzieżowcy od zajaweczki, hunwejbini śmieszkoizmu, w drelichowych dresach i zdystansowanymi okularkami. Dla nich wszystko to beka, więc to jak obściskiwanie się z dymem, szkoda czasu a na końcu okazuje się, że to był mój brat ogólnie, by zacytować Tomasza “Kwiatka” Kwiatkowskiego.

Na zdjęciu: Abelard "Lotek" Ruciński

Na zdjęciu: Abelard “Lotek” Ruciński

 

To w kwestii odbiorców, bo jest jeszcze cała zgraja wykonawców, z dużym naciskiem na przereklamowanych ćpunów i nudziarzy muzycznych, obrażonych na cały świat i wymienionych odbiorców. Są promotorzy, prawdziwi Houdini odpowiedzialności, zawsze z przygotowanym zestawem wytłumaczeń na porażki czy sukcesy. Są i właściciele klubów, specjaliści od wyciskania grosza nawet z kamienia, są dilerzy o przerażających oczach zwiastujących Holocaust XXI wieku, zagraniczne gwiazdy z wymaganiami jakby to co robić nie potrafił nieprzesadnie rozgarnięty algorytm komputerowy, producenci, którzy tworzą bardziej dla nikogo niż improwizatorzy komediowi, społeczniaków chała, co ma mnie za chama, policja chuje wciąż zajęci i jakoś to się wszystko kręci. Jeśli dołożysz do tego te panienki co dają w małych tubkach jagermeistera (to jeszcze istnieje?) no to już kurwa jest pełen obraz nędzy i rozpaczy. Na szczęście jest jeszcze miejsce dla czystych niczym anioł-sarenka-jednorożec bez wpisu w KRD, prawdziwi dla gry, zawodowcy.

Tylko ja ich nie znam, ja tam jestem śmieciem. Serio, z każdą wizytą na dobrej imprezie orientuję się tylko, że wiem bardzo mało i nigdy nie zdążę się nauczyć. Oficjalnie będę w wieku, gdzie moim rówieśnicy w techno klubach tańczą w parach, robiąc wspólnie przekładańce i piruety. Młodzież w rogu zasłania ermeksami oczy (co to w ogóle jest? jakiś produkt finansowy?), a my na głos pytamy się: “A czemu się dziwicie? Tak się robi na densingach. Zaraz czekoladę wyciągnę i będzie proszony.” I to bardzo dobrze, czas dzieci mieć, zestarzeć się i wskakiwać do grobu. Zresztą na imprezach techno jest źle, muzyki się słucha, oczy podkrążone i później się nie śpi dwa dni.

I trudno. Słyszałem, ze ten serial “Mindhunter” spoko. To to obejrzę.