bill burr

Dlaczego Why Do I Do This

17.11.2018 | Ra(n)dom

Dni kilka temu gruchnęła wieść, że do Polski w styczniu przyjeżdża wspaniały pan artysta Burr Bill, a wy co, pewnie siedzicie w domu i oglądacie jakichś Gadsby’ch popierdoleńców kurwa Jeffriesów Australijczyków w dupę jebanych. Jak już odhaczyliśmy obowiązkowe nawiązania do moich moralnych wzorców, “gruchnąć” brzmi bardziej jak czasownik określający seks między gołębiami, a nie obwieszczenie pewnych informacji. A jak już mamy za sobą obowiązkowe nawiązanie ornitologiczne, “odhaczyć” to dobra nazwa na czynność polegającą na usuwanie z tekstu komediowego burackich scenicznych naleciałości <i tu wstaw sobie jakieś nazwisko miły czytelniku, bo nie chce mi się wszczynać wojny w ten dzień radosny>.

Pan William Burr od lat jest moim komediowym idolem, oglądam jego nagrania religijnie, a nawet popełniłem tłumaczenie jednego opasłego speciala i jednego krótkiego incydentu z jego udziałem. Mimo tego z całą pewnością zamierzam jego występ w Polsce pominąć, bo nie ma chyba niczego gorszego od poznawania swoich idoli, konfrontowania swoich wyobrażeń z rzeczywistością, a w szczególności, gdy są to dla ciebie osoby ważne. Wiem co mówię, w roku 1997 podczas Kongresu Eucharystycznego zostałem wytypowany do spotkania z moim ówczesnym wzorem, Janem Pawełem Drugim. Ogromnie się denerwowałem, choć spotkanie miało być masową delegacją dziecieży polskiej do Wielkiego Rodaka. Mimo tego moja twarz spąsowiała, włosy przemokły od potu, a oczy zasnuła mgła. Jakież było moje zdziwienie, gdy spoza owego nimbu wyłoniło się oblicze Ojca Świętego, który dobrotliwie poklepał mnie po głowie. Na widok dobroci wypisanej na jego licu wybuchłem płaczem. Karol Wojtyła nie zastanawiał się długo i spontanicznie mnie przytulił, ku uciesze wszystkich zgromadzonych. Gdy oszołomiony wyszedłem z bazyliki, obstąpili mnie koledzy, a ja oniemiały byłem tylko w stanie stać pod tym Bożym niebem, natchniony nową nadzieją na jutro. Mimowolnie jednak dotknąłem przedniej części mojej spodni, tylko by ze strachem odkryć prawdę – podpierdolił mi portfel.*

”Teraz przedawnione, frajerze z Karłowic.”

Teraz przedawnione, frajerze z Karłowic.”

Co do styczniowego występu nie mam takich obaw, wygląda na to, że pan Burr nie jest w tak desperackiej sytuacji finansowej jak wówczas kuria rzymska, jednakże nie widzę przesadnej wartości w oglądaniu stand-upu na żywo. W ogóle jakakolwiek forma rozrywki, w której ktoś stara się do mnie gadać przestała mnie interesować. Niedawno odkryłem bowiem, że czytam znacznie szybciej niż słucham, a więc jeżeli ktoś ma mi coś do przekazania, lepiej niech to napisze. Mówię o formach dłuższych, jeżeli jest to moja dziewczyna z poleceniem zakupów (mietek, nandrolon, teść, żyjemy skromnie) lub pan Podsiadło w piosence że sfrajerzył, to jeszcze przeżyję. Ale gdy mam spędzić dwie godziny na wynurzeniach kolesia w średnim wieku, to podziękuję, co łączy się chyba z pytaniem “po co mi stand-up?”.

Niedawno razem z wiecznie szanowanym Popusiem (na pewno jest arcywdzięczny, że wciągam go do tego mętnego wywodu) miałem wspaniałą okazję po występie porozmawiać z domorosłym greckim filozofem, który na nasze, oddajmy, dość pocieszne w swej naiwności, sprawki sceniczne zadawał pytania dogłębne, z indagacją o pierwotną istotę działań i cytowaniem Seneki włącznie. Najpewniej i poranne zakładanie gaci ma w jego świecie uzasadnienia donośne, a pierdy dzieli na pożyteczne i nieświadome, tj. złe.** Oczywiście jest to atak personalny, ale jak inaczej reagować na Wielkie Zwątpienie w ideę samej ekspresji.

"A po co to? Na co to komu? Na dnie morza żyją Rururururuykowicze i wcale nie czują potrzeby ekspresji."

“A po co to? Na co to komu? Na dnie morza żyją Rururururuykowicze i wcale nie czują potrzeby ekspresji.”

Ale coś w tym zawoalowanym ataku na istotę tej naszej gloryfikowanej sztuczki barowej jest, coś, co łączy się bezpośrednio z działalnością pana Burra. Otóż, nie jest to tajemnica, żyłem kiedyś życiem człowieka gniewnego. Kto miał mnie okazję poznać przed laty, wie, że za byle obrazę, wyimaginowaną czy rzeczywistą, byłem w stanie popaść w stan maniackiej furii, wyrażanej na wszelkich frontach. Resentyment, który zdawał mi się uzasadnioną reakcją na obrót spraw świata, dusił mnie, inspirował do działań autodestrukcyjnych, odpychania ludzi bliskich, zaprzepaszczania danych przez los szans i zakopywania powierzonych talentów. Ta mizantropia, mylona z wolnością, tak naprawdę tworzyła wokół mnie żelazne kraty, śmiało można powiedzieć, że byłem… więźniem nienawiści.

Ależ przyjemnie było tak popierdolić, tylko by wywołać to świetne tłumaczenie tytułu “American History X” (pierwotnie jako “Pół litra amerykańska historia X: geneza: Rosomak sponsored by MON”), ale jest też i w tym dużo prawdy, bo mój stan psychiczny określił bym na raczej marny. I wtedy, niczym rycerz na rudym koniu, wleciał mi przed oczy duszy genialny fragment występu pana Burra. Nie będę go przytaczał, ale jasność tego wywodu, empatia jaka z niego biła, a jednocześnie najzwyklejsza sympatia do adresata, na dodatek opakowana w morderczy materiał komediowy przebiły się do mnie lepiej niż jakieś dziwaczne terapie czy komornicy przez drzwi. Jest coś pięknego w momencie, gdy kilka złożonych w odpowiedniej kolejności słów sprawia, że zrzucasz z powiek łuski fałszu. Tym bardziej, jeśli dotyczą nie tylko ukochanej przez ciebie formy wyrazu, a jest nieodwołalnie dla mnie stand-up, ale także głęboko żywionego poczucia skrzywdzenia. No po prostu chuj śmiertelny wbijam ci w serce, byś poczuł to namiętnie.

"Words of wisdom."

“Words of wisdom.”

Nic bardziej mi w życiu nie pomogło i dlatego też nie szydzę z ludzi, którzy mówią, że odnaleźli impuls do zmian w linijce piosenki, fragmencie wiersza czy nawet zdaniu z filmu. No może będę szydził, jeśli ktoś usłyszał te słowa od coacha czy jakiegoś innego naciągacza, bo to wiadomo, że kurwy są chciwe i niemoralne. Jest to jednocześnie odpowiedź na pytanie zadawane przez domorosłego filozofa mi i Popkowi w pirackiej tawernie (znajduje się w Warszawie, bo oczywiście że tak), jak i odpowiedź, dlaczego nie chadzam na występy stand-upowe, ale pana Williama Burra polecam z całego serca, koniecznie kupcie bilety.

Dla mnie oglądanie stand-upu to już chyba etap zamknięty, czas iść dalej i szukać nowych lądów. Przynajmniej na razie nic mnie w stand-upie, z jego modnym teraz naciskiem na przełomowość doświadczeń, katharsis i zwyczajny szantaż emocjonalny, nie pociąga intelektualnie. Pośmiać to się, wiadomo, można, jeszcze jak***, ja to się nawet z nudy śmieję, ale nie sądzę, że odnajdę w tym nie tyle nowe prawdy, ale nawet chęć do dalszego działania na tym polu. Oczywiście nie ma nic lepszego niż stand-up, a chyba nie ma lepszego niż Bill Burr, dlatego będę wtedy w Bełchatowie, ha, wy kurwy, ale was nabrałem. To jedyny powód, także kupować bilety na Kryształową Trasę i czytać, bo będziemy na blogu bzdury pisać.

A teraz czas na odwołania z asteriksów****

*Mówi nam to trochę o społeczeństwie (w którym żyjemy) i jego zmianach, że to najprawdopodobniej najostrzejszym (TM) żart, jaki jestem w stanie napisać o Janie Pawle Drugim, bez popadania w odwołania pedofilskie. Co ja wam będę wytłuszczał, pół Polski poniżej 25 roku życia śmieszkuje, że JP2 GMP, tak, dokładnie, Jan Paweł 2 Grabił Małe Portfele.

**”Pierdy zła” to mniej znane dzieło Baudelaire’a, z racji oskarżenia o plagiat Bartek Walos wycofał się z planów nagrania swojego speciala komediowego o tym samym tytule. To był absolutnie jedyny powód.*****

***Zwłaszcza jak się kradnie małe portfele.

****Wiem, że to anglicyzm, ale niech mnie, jeśli nie jest lepszym określeniem niż “odnośnik” czy “gwiazdka”. Jaka znowu gwiazdka? Ta jest na niebie, chcesz? To nie dostaniesz, bo zniszczyło by to nasz Układ Słoneczny, ty samolubny kurwiu.

*****Jak już tak gadamy, polecam też bilety na występy moje, Czarka Ponttefskiego i Barta Walosa we Wrocławiu i na Dolnym Śląsku ogólniej.