leksz lutor

Wścieknięte gary: Mahi mahi Sushi und Gryll

06.04.2015 | Wścieknięte Gary

Dzień dobry. Ponieważ jestem człowiekiem, jem. Jeśli ktoś w twoim otoczeniu nie je, zacznij go baczniej obserwować. Jeśli ukłuje się ostrym przedmiotem (sierp, skalpel, wrzeciono) i z jego rany popłynie woda – to pewnie Jezus Chrystus. Jeśli poleci zielona, wypalająca dziury w podłodze ciecz – SPIERDALAJ NATYCHMIAST.

Ponieważ jestem człowiekiem ze sprawnym układem pokarmowym, mogę zostać blogerem jedzeniowym. Jeśli myślisz że do tego zajęcia potrzeba jeszcze jakiś predyspozycji to jesteś Pan głupi i prosiłbym żebyś opuścił Pan Internet. Będę tu prezentował wyważone i rzetelne recenzje knajp, w ogóle nie wulgarne, a żartów fekalnych będzie o połowę mniej. Skoro jesteśmy przy połowie.

Ja z Typiarą poszedłem ostatnio do knajpy orientalnej na ulicy Ofiar Oświęcimskich. Niestety w tej chwili nie jestem w stanie przypomnieć sobie jak się nazywała, ale widzę się z nią później dzisiaj to dopytam i będzie w tytule. Ogólnie też określam ją orientalną, bo z wystroju i dań nie można sprecyzować z której części Azji ma to być. I szczerze mówiąc, pierdoli to mie, bo mogłoby nawet być z Mordoru, byle by smakowało.

Byle by bez włosa. Bez włosa to nawet własną głowę zjem.

Byle by bez włosa. Bez włosa to nawet własną głowę zjem.

Nie udałem się tam jednak by podziwiać elegancki wystrój, do którego należy Obowiązkowa Grupa Pajaców z Warszawy, Głośno Dyskutująca o Warszawskich Sprawach i Przepłacająca W Cholerę. Ja akurat przyszedłem tam by spożyć lunch all you can eat za 35 złotych, bo jestem chamem i lubię jeść, aż mi z nosa wychodzi. Tylko raz tak nie zrobiłem, bo jadłem móżdżki i gdy zaczęły mi wychodzić nosem, rodzice dzieci zaczęli dzwonić po pogotowie. Byłem w galerii handlowej, móżdżki były moje, żeby nie było wątpliwości.

All you can it niektórzy (ci słabsi) tłumaczą jako „jedz ile chcesz”, ale ja i mój brat dobrze wiemy że oznacza to „jedz ile możesz, a wtedy zjedz jeszcze trochę”. Akurat w tym przybytku obejmuje to utrzymywane w stałej temperaturze dania obiadowe, których do wyboru jest kilka w zależności od dnia tygodnia. Wziąłem na początek zupę, bo przed dalszym jedzeniem warto na początek rozszerzyć gardziołko. Hłe hłe, zaśmiałem się głośno, zaraz po tym jak ryknąłem ten prześmieszny żart na cały regulator w knajpie, ku uciesze obsługi. Jedna z kelnerek aż się popłakała. Ze śmiechu, rzecz jasna. Zupa z wieprzowiną na moich zdjęciach wygląda tak:

Wygląda jak pot górnika.

Wygląda jak pot górnika.

czyli jak woda z dupy, a wcale tak nie smakowała. Smakowała wręcz jak odwrotność wody z dupy, która, jak wiemy, jest raczej gorzkawa i niezbyt zawiesista. Tutaj ugotowane w świeżym rosole kawałki wieprzowiny łączyły się z chrupiącymi warzywami, a całość dobrze paliła gardło. Zaznaczam jakość rosołu, bo czasem w knajpach rozpuszczają po prostu przerażające żelatynowe bloki, nie będę kłamał że to najbardziej odrażające rzeczy na Ziemi. Z tego co wiem, wcześniej służą one jako lubrykant do przepuszczania martwych fok przez maszynę do mięsa. Jedyne zastrzeżenie to twardawy bambus, który trzeba było odkładać na bok bo głupio jednak charać nim na podłogę.

 „Stary, mi to mówisz. Wszyscy nagle kurwa delikatni.”

„Stary, mi to mówisz. Wszyscy nagle kurwa delikatni.”

Gdy przeszliśmy do dań stałych, czekał na nas bardzo przyjemny spread, z którego koniecznie trzeba wymienić owoce morza w sosie śmietanowym z orzechami oraz naprawdę dobrze przygotowanego kurczaka, a także wysmażone na chrupko sajgonki. Każde z dań były świetnie przyrządzone, nie były więc to resztki ze stołu Jebanych Warszawiaków, ale normalne jedzenie dla ludzi. Oczywiście na moim zdjęciu prezentuje się niezwykle okazale

Na moje usprawiedliwienie - pierdoli mnie to.

Na moje usprawiedliwienie – pierdoli mnie to.

Po chwili zresztą większość smaków uległa wspaniałemu połączeniu, tworząc niejako talerzyk osobliwości, który, gdybym był wielkim obżartuchem, zjadłbym po wielokroć. Ale zjadłem raptem dwa razy, więc nie jest tak źle, a miła obsługa nie zwróciła nawet przesadnie uwagi na moje paskudne maniery. Powiem tylko tyle – pałeczek nie używałem, noży zresztą też, a widelec tylko do odsunięcia krawata.

Ogólnie polecam to miejsce, jak masz 35 złotych i jesteś w okolicy Rynku między 12 a 18 (chyba, nie chce mi się sprawdzać) to pójdź. Ponownie, nie pamiętam jak to się nazywało, ale w tytule też wpiszę. Uważasz że to niezbyt profesjonalne? Bu hu. To są Wścieknięte Gary, nie jakieś całowanie się po dupkach.

W następnym odcinku:

Czekoladziarnia, gdzie czekoladę spijasz z dupek.