Gdańsk nocą

Wścieknięte Gary: Najgorsza Knajpa w Gdańsku

24.04.2015 | Wścieknięte Gary

Jestem człowiekiem, który bardzo lubi sytuacje podłe. Gdy szukam baru, najbardziej cieszy mnie ten z obitymi ścianami, Obowiązkowym Pijaczkiem Śpiącym na Kontuarze, muchami latającymi nad pisuarem i szmatą o kolorze świeżo ściętych rzygów, którą depresyjny właściciel rozciera brud na większej powierzchni. Gdy szukam jedzenia, preferuję miejsca w których siedzą straszni, straszni żule, menu jest tylko w komórkach Nokia 5310 obsługi, za 20 złotych jesteś królem, a gluten to marka papierosów. Gdy szukam kobiety, no cóż, nie szukam kobiety, więc nie licz na jakieś opisy.

Ale, nawet dla człowieka tak wytrawionego jak ja pewne rzeczy są nie do zaakceptowania. No nie, kurwa i już. Co przywodzi nas do Najgorszej Knajpy w Gdańsku. Ale po kolei.

Z Trójmiastem nie mam dobrych wspomnień kulinarnych. Może przez swoją potrójną naturę, jak już wjebałem się na minę, to potężną. Tak było przed 10 laty w Sopocie, gdy trafiliśmy skacowani do mlecznego baru Społem i podano mi mleko na trzy razy, bo za pierwszymi dwoma „zagubił” się w kubku desant szczypiorku, więc pani wylała i wlała „świeże” mleko. Dobrze że nożem nie wyjęła, bo pewnie wcześniej dłubała nim w zębach. Przydał się on przy drugim daniu, którym był kisiel, zrobiony chyba jeszcze na cześć i chwałę zmarłego Stefana Kisielewskiego, bo lekko licząc leżał tam 5 lat, więc można było dziada podnieść widelcem i traktować jako cierpliwą tarczę do rzutków.

W Trójmieście strułem się też rybą i wracając z Openera zjadłem koszmarną kanapkę z boczkiem na dworcu w Gdyni. Będąć dokładnym to udało mi się ją przeżuć gdzieś w okolicach Poznania, a że właśnie wsiadł do mojego przedziału hardy kibol Lecha, myślał że się do niego rzucam i robił do mnie cały czas tak o! brwiami, więc prócz niepokojów żołądkowych doszedł jeszcze stres.

albo zajęce

Króliki stosują tę metodą do terroryzowania ofiar od lat.

Wspomnienie to zostało niejako zatarte za sprawą wizyty w ubiegłym roku na pizzy z moją dziewczyną, była to dobra pizza, na dodatek z moją dziewczyną, więc było o czym pogadać. Ale był to wyjątek od reguły, jak odmiana słowa „trzeć” czy Ten Jeden Raz Gdy Wstrzykujesz Zamiast Palić. Nad polskie morze zawitałem w styczniu bodajże, na zaproszenie Adama Van Bendlera, który tylko brzmi jak holenderski Dracula, tak naprawdę to spoko ziom, co pije herbatę zieloną strong. Razem ze mną na imprezie w Sopocie wystąpił Patryk Czebańczuk, reprezentujący Łódź każdą nitką swego jestestwa oraz Olka Szczęśniak, która przypomina trochę Terminatora z T3, bo też ma długie ręce i stworzono ją w laboratorium. Na scenie oczywiście zabiliśmy, po czym przeszliśmy do mordowania własnych wątrób, bo, przynajmniej ja, nie za bardzo lubię siebie i pomaga w tym właśnie zatrucie alkoholowe.

Noc spędziliśmy na tarzaniu się (mówiłem, że się dziwnie odmienia?) po wybrukowanych ulicach Wolnego Miasta, od baru do baru, w celu wiadomym. Zaprowadziło nas to między innymi do knajpy z koszmarnie miksowaną muzyką, na jakiś most, do leża faceta, który spał sobie w najlepsze (a raczej w najgorsze, bądźmy kurwa szczerzy) w zagajniku i przez jakiś płot na którym zdarłem sobie nos, bo oczywiście, że nos, a jak. Ranem więc, zwłaszcza, że spaliśmy w troszkę hardych warunkach interesowało nas tylko by uciszyć dudniący ból pod czaszką za pomocą czegoś ciepłego włożonego do ust.

cwaniaczek

„Był to oczywiście penis” – dopowiedział Bystry Czytelnik

Ponieważ była to niedziela, a ponieważ ze względu na mniejszą aktywność sił III Rzeszy, Gdańsk już od kilku lat nie ma w zwyczaju budzić się w ten dzień z rana, wybór był bardzo nikły. Na szczęście Adam, miejscowy chłopak przeciągnął nas po kilku miejscach, które zdawały mu się otwartymi, gdzie oczywiście pocałowaliśmy klamkę. Wtedy rzucił w naszym kierunku ostatnią z propozycji, a ponieważ byliśmy głodni, nawet jak by powiedział „Co wy na żeberka zrobione z klatek piersiowych Waszych przyszłych dzieci z sosem barbecue martwych psów, które pożegnaliście w wieku 9 lat?” w milczeniu zakładalibyśmy nasze specjalne chusty do żeberek. Niestety, nie wiedzieliśmy w co się pakujemy, gdyż poszliśmy do Najgorszej Knajpy w Gdańsku.

ja jebe

Porzućcie nadzieję, wy którzy tu wchodzicie (prawdziwy element wystroju)

Pierwsze wrażenie nie było takie złe, ponieważ tak jak bary mleczne idą, ten był cokolwiek czysty i na pewno nie obskurwiały. Jednak głęboki obskurw płynął tutaj głębiej, niczym rasizm w USA czy ogólna nienawiść do ludzi w Rybniku. Na kasie stały najbardziej wkurwione typiary jakie widziałem od czasów gdy przestałem chodzić na spotkania Spółdzielni Mieszkaniowej. Nie chcę tutaj nikogo urazić, ale panie zamiast kariery w obsłudze powinny szukać raczej zatrudnienia w lekkoatletyce, z naciskiem na kulomioctwo, bo potrafiły odepchnąć na sto metrów. Mimo ich koszmarnego nastawienia zamówiłem absolutnie najbezpieczniejsze dania, czyli zupę jarzynową.

sytuacje

Obraz zamazany ze względu na opary nienawiści dochodzące z talerza.

Oraz krokiety z sosem myśliwskim.

sytuacja

W trakcie rozpadu połowicznego.

Nie chcę tutaj rzucać epitetami, ale kurwa jebana mać ja pierdolę co za chujowizna z grzybnią, pieczarką i na piszczałki rozpisana przez głuchego Piotra Rubika na cztery kosze obciągnięte skórą ze spleśniałych napletów. Smaczne to to nie było, a szczerze, tak cienkiej zupy nie piłem od czasów obozu rekonstrukcji historycznej na Syberii. Dosłownie była to woda z wyciśniętej ściery, a wnioskując z nastawienia pań obsługujących i kucharek, były to ich własne, przyniesione z domu, na dodatek pełne nienawistnego przecierania podłogi pod okiem wrednego męża-despoty.

Tak słonych i niejadalnych gołąbków nie jadłem nigdy, a kiedyś robiłem pokaz sztuczek magicznych w Wieliczce, który wymknął się spod kontroli. W efekcie musiałem zjeść gumowaty drób, upieczony w lampach górniczych, a wszystko to z ostrym kilofem przystawionym do szyi i kwaśnych oddechem wąsatego kierownika na plecach. Nie lepiej było z zamówionymi przez chłopaków daniami, które przypominały raczej jakby ktoś wydrukował ich zdjęcia i zmiął w kulkę.

Teraz chwila szczerości – nie wyrzucam jedzenia, a zwłaszcza w knajpach, bo wiem, że oni pierdolną to do śmietnika bez sentymentu. Nie lubię marnotrawstwa, uważam, że to domena białasów, a ja nie lubię być białasem. Ale Najgorsza Knajpa w Gdańsku mnie pokonała, oddałem ledwo tknięte danie. Miejsca nie polecam, chociaż Gdańsk jest bardzo urokliwy, to tego syfu unikajcie jak ognia ludki zrobione z pianek Haribo.

O szczegóły pytajcie Adama Van Bendlera ze Stand-up Trójmiasto, to jego zasługa i to przez niego wszystko się stało.