creeping succesion

Wścieknięte Gary: Vegan Ramen Shop

14.12.2017 | Wścieknięte Gary

Wiecie co, dłuższy czas naprawdę myślałem, że jestem swoiskim człowiekiem. Nie dość, że wychowywałem się w bloku, to na dodatek na wsi, jeszcze mam proletariacki nos i pochodzenie, mówię z akcentem, mnę czapkę w rękach jak dziedzic jedzie przez sioło na koniu, mam portret Cesarza Franciszka w sieni, tylko musiałem zdjąć, bo muszki obesrywali, mój pies nazywa się Marks, chleb jem twarzą (tj. częścią do tego przeznaczoną), odciski na rękach mam od taczki, bo sobie kładę na noc i tak dalej.


A potem przyszło to całe wegaństwo i to popsuło. To jak mawia Paweł Kukiz: “dali kobietom prawa wyborcze i od tego czasu wszystko poszło w piczu materinu”. Paweł Kukiz jest Serbem, a to tylko pierwszy z długiej listy zarzutów pod jego adresem, bo przypomnę że jeszcze zębów nie myje i dziurę ma w najlepszych spodniach.

Na zdjęciu, rumieńce spowodowane pasją do sprawy JOWów.

Na zdjęciu, rumieńce spowodowane pasją do sprawy JOWów.

Ale racją jest, że powoli przesuwam się w kierunku ograniczenie produktów zwierzęcych. Nie kupuję zapałek od lemurów, choćby. Oczywiście może to pociągnąć za sobą lawinę bardzo ambitnych żartów na temat diety wegetariańskiej i wegańskiej, jeśli takowe kiedykolwiek widzieliście na występie standupowym, to macie pewność, że obcujecie z człowiekiem, który idzie pod prąd i nienawidzi konwenansów, jest człowiekiem kontrowersyjnym. Ale ze swojej strony oczywiście nadmienię, że ja dalej zwierząt nienawidzę, strzelałbym do nich jak katolików, po prostu ich nie zjadam. I to myślenie zaprowadziło mnie do lokalu Vegan Ramen Shop (dalej: VRS).
Wywar z makaronem, czyli nasza swojska polska zupka chińska (pochodzi z Wietnamu) to hit ostatnich lat wśród młodych, perspektywicznych zawodników. Oczywiście nie mówię tutaj o takich przegrańcach jak lekarze na dyżurach, którzy muszą je jeść, cholerni nędzarze, mówię o misce zupy za minimum 30 złotych od sztuki. Normalna cena, jeśli zważymy, że to ciepła woda z tłuszczem. Pierwszy raz jadłem ją w Warszawie lat temu kilka i proporcja ceny do otrzymanego dania była wręcz idealna, bo za prawie cztery dychy dostałem coś co smakowało jak wyżęta ściera, którą wcześniej starto arenę skunksów-gladiatorów. Ale za to obok siedziała sobie pani Magdalena Cielecka, to przynajmniej posłuchałem jej pięknego głosu.

 Mówiła coś pokroju "joł, joł, MC Madafaka".


Mówiła coś pokroju “joł, joł, MC Madafaka”.

Lokal podający przysmak ten w wersji wegańskiej znajduje się w nieodległości od Stadionu Narodowego, świętego miejsca pielgrzymek polskich Polaków. Jest dość ukryty, a wnętrze, jak to w modnych knajpkach, jest bardzo małe. Wystrój nie jest pretensjonalny, a nawet nie ironicznie pretensjonalny. Prócz zupy można było spróbować kanapek onigiri, czyli ryżu w formie trójkąta, a to już ile kosztuje to nawet nie będę zaczynał, bo tracę czucie w połowie twarzy. W sklepiku można kupić też japońskie specjały, takie jak cukierki, chipsy i DVD z anime “Death Note”. Ale, nie samym wystrojem człowiek żyje, chyba że z zawodu zajmujesz się kładzenie tapet, wtedy owszem, tak.

Razem z moją wierną towarzyszką zamówiliśmy po misce, ja wersję grzybno-leśną, ona pikantną z chilli. Sama lista składników była bardzo długa, ale przygotowane było to niewiarygodnie szybko. Ale szczerze, wywar już był, tylko kluchy dogotować. Kluski były naprawdę świetne, absorbujące płyn jak włosy farbę, jednocześnie łatwe do uchwycenia i przeniesienia do kniapy. Ponieważ z jakiegoś wariackiego powodu należy zjadać je pałeczkami, jest to szalenie ważne, bo nie wiem czy kiedyś próbowaliście łapać mokre kluchy kawałkami drewna, to jakbyście łapali sikającego kutasa za pomocą pincety.

"Autor post factum zorientował się, że nieopatrznie podał rzędy wielkości swojego przyrodzenia."

“Autor post factum zorientował się, że nieopatrznie podał rzędy wielkości swojego przyrodzenia.”

Sam wywar w mojej wersji był rzeczywiście intensywny, słodko-gorzki i jakimś cudem rzeczywiście wywołał wspomnienie lasu. Kombinacja grzybków na szerokiej skali grała na języku, hołdując zasadzie, że im brzydziej coś wygląda, tym ciekawiej smakuje. Całość wysiorbałem z wielką ochotą, a raczej wysiorbał bym, gdyby nie fakt, że moja lepsza połowa nie była zadowolona ze swojej wersji i mi ją oddała. I tu trochę słabiej, bo nie było to z jednej strony ostre, a z drugiej brakowało właśnie kontrastu smakowego pierwszej propozycji. Ale czego się nie robi dla miłości, ja kiedyś nawet z jej powodu uprawiałem seks.
Mimo mojego sceptycyzmu, relacja ceny do ilości jest tutaj dość zasadna, bo choć zapłacimy dość dużo, lecz w zamian dostajemy wiadro sycącej zupy. Na dodatek ani przez sekundę nie brakowłao mi tam dodatku jajek czy robienia samego wywaru na martwych zwierzętach, co jest dużą zasługą obsługi lokalu i faktu, że byłem skacowany. Dlatego wizytę w Vegan Ramen Shop (dalej: VRS) polecam, a na koniec powiem jeszcze, że jakieś głupie, kurwa, dziecko sobie wylało zupę na głupi, kurwa, ryj i go, kurwa, rozdarło, a to mnie już w ogóle tak ucieszyło, że hej hop!